Zwolnienia lekarskie w ciąży. Pracować czy nie pracować? 5

Kiedy byłam zaledwie w trzecim miesiącu ciąży z Adasiem, to wszystkich w koło ogarnęło jakieś szaleństwo, żeby mnie męczyć o to, kiedy wreszcie!!! zamierzam przestać pracować. Byłam zaskoczona jak mój lekarz na jednej z pierwszych wizyt zapytał się mnie, czy chcę L4, bo może kiepsko się czuję. Pracowałam do końca 36 tygodnia. Nie chciałam zwolnienia lekarskiego, bo czułam się super. Regularne ćwiczenia i zdrowa dieta dodawały mi energii i zapału. I nie miałam potrzeby rezygnować. Miałam (teraz też mam) cudowną pracę, wspaniałego szefa i świetny zespół. Chciałam być cały czas aktywna, otoczona przez innych. Mówiłam: „Zwolnię, jak urodzi się moje maleństwo”.

A teraz? Teraz sprawy potoczyły się nieco inaczej. Od połowy ciąży zaczęłam mieć poważne komplikacje, były obawy że jej nie donoszę. Opierałam się dość długo, aż w siódmym miesiącu byłam ostatecznie zmuszona pójść na zwolnienie lekarskie i trochę zwolnić. Ze sportów pozostało mi tylko chodzenie z kijkami i joga, a czas kiedy Adaś przebywa(ł) w żłobku, zaczęłam spędzać na prawdziwym odpoczynku.

Już koniec pierwszej ciąży zmienił moje nastawienie do zwolnień. Na dwa tygodnie przed porodem, prosto z pracy trafiłam do szpitala. Wtedy po raz pierwszy dotarło do mnie jak głupia byłam myśląc, że dam radę pracować do samego końca, że jestem bóg wie jaką supermanką, że skoro czuję się dobrze to mogę więcej i więcej. Ta sytuacja bardzo mnie otrzeźwiła. Zmieniło mnie też macierzyństwo. Teraz wiem, jakie to uczucie bać się o zdrowie własnego dziecka.

Niestety nie wiedziałam tego wszystkiego nie będąc matką. Mimo iż byłam dość tolerancyjna w moim podejściu do zwolnień, to jednak wydawało mi się, że nie warto z nich korzystać, że lepiej pracować do samego końca i pokazywać, jaką się jest oddaną pracownicą. Teraz ogarnia mnie śmiech na samą myśl o moich starych pomysłach. Choć nie zmienia to faktu, że nadal uważam, że nie warto rezygnować zbyt wcześnie.

Chciałabym jednak podkreślić, że to jest nasz własny wybór. Kobieta powinna zdecydować, co jest dla niej najlepsze i kiedy chce odpocząć.

O wyłączaniu się z gry…

Już kilka lat temu znalazłam artykuł o obecnej Prezes Facebooka. Sheryl Sandberg, kiedy zaszła już na sam szczyt kariery i rozejrzała się wkoło zauważyła, że obok niej nie ma żadnych kobiet. Jej zdaniem punktem zwrotnym życia kobiety jest ciąża. Kobiety wycofują się z gry, rezygnują z pracy i kariery na rzecz domu, rodziny, często nie pomagają im mężowie, nie odciążają w obowiązkach. Jej zdaniem to niestety kobiety same są sobie winne, bo rezygnują, pozwalając na wrzucenie siebie w schemat społeczny, gdzie ich miejsce jest w domu, a nie w pracy. A potem to mężczyźni, obdarzeni tym samym poziomem inteligencji i zdolności, awansują i mają wyższe pensje. Ja nigdy nie byłam feministką i nigdy nie czułam, że należę do gorszej płci. Jednak artykuł wywołał u mnie pewne refleksje… To, że ja tak tego nie odbieram, wcale nie znaczy, że nie dotyczy to innych kobiet, na dodatek widzę w tym ziarno prawdy. My kobiety jesteśmy niesamowite i wręcz niezastąpione w jednym obszarze – w poświęceniu. I to ma swoje dobre, jak i złe strony. Z jednej strony taka jest nasza rola w tych ciążowych, a potem matczynych okolicznościach. Z drugiej strony to może powodować sytuację, w której dość często musimy z wielu rzeczy zrezygnować. Macierzyństwo zmienia priorytety, to dziecko staje się najważniejsze (tylko byle nie ważniejsze od męża !). Ale nasza praca i kariera da naszym dzieciom lepszy start, to również dla ich przyszłości pracujemy. I chyba nie ma nic gorszego niż frustracja, która może pojawić się w momencie, gdy zrezygnujemy z naszego rozwoju.

Łatwiej pisać, trudniej zrobić…

Sytuacja kobiety w dzisiejszych czasach jest dość trudna. Warunki pracy, przeładowanie stresem i obowiązkami, zanieczyszczenie środowiska, powodują, że w momencie kiedy zajdziemy w ciążę powinnyśmy bardzo na siebie uważać. Do tego wszystkiego liczba poronień ciągle rośnie, mamy wiele ciąż zagrożonych… Więc bardzo często, nawet jeśli chciałybyśmy pracować, to po prostu nie możemy. Mówi się „ciąża to nie choroba”. Taka była moja pierwsza ciąża. Będąc zdrową, silną babą ;-), dawałam sobie nieźle radę. Było mi łatwo łatwo. Przy obecnej zaczęły się problemy, krwawienia, napinanie się brzucha od 12stego tygodnia, do tego potworne wręcz zmęczenie, z którym bezsilnie walczyłam, bo przecież mam już dziecko w domu i jemu należy się mój czas i zainteresowanie.

Czasem więc nie mamy tej cudownej możliwości wyboru, bycia aktywnymi do końca ciąży, i to jest trochę niesprawiedliwe. Jesteśmy mamami, maluszek rośnie w naszym brzuchu, to my w znacznej mierze odpowiadamy za to, czy przyjdzie na świat cały i zdrowy. Jeśli musimy leżeć w ciąży to dość szybko trzeba zapomnieć o pracy, potem jest urlop macierzyński, który może potrwać od 6 miesięcy do roku, a nawet  i dłużej. W tym czasie wiele rzeczy dotyczących naszej pracy, dawnego stanowiska, z reguły ulega zmianie. Nie podoba mi się to, jak wiele każda z nas może stracić poprzez tą nieobecność. Różnie też jest z odbiorem społecznym ciąż w środowisku pracy, brakuje zrozumienia sytuacji, w jakiej znajduje się kobieta, która musi troszczyć się przede wszystkim o dobro swojego maleństwa. Problem jest złożony, dlatego będę się nim bardziej zajmować i od czasu do czasu do niego powrócę.

Moje ogólne wnioski są takie:

1 – Jeśli mamy sprzyjające warunki pracy i nie ma żadnych przeciwwskazań zdrowotnych, pracujmy jak najdłużej (ale podchodźmy do tego okresu zdroworozsądkowo, same najlepiej wiemy kiedy przestać). W końcu nie ma to jak zaangażowana przyszła mama. Do tego wszystkiego jeśli mamy mądrego szefa, to będzie o nas pamiętał, w momencie gdy będziemy gotowe, aby wrócić do pracy. Nie raz spotkałam się z błyskawicznymi awansami po ciąży, często spowodowanymi pracą do ostatniego miesiąca przed porodem.

2 – Jeśli mamy trudne warunki pracy, pracujemy fizycznie, nasz zawód wiąże się ze sporym stresem, lub ciąża nie przebiega zbyt dobrze, to nie róbmy nic na siłę. Lepiej ten czas przeznaczyć na skupienie się na sobie i dzieciątku, które ma się narodzić. Może to właśnie ten moment, który będziemy mogły spożytkować na jakieś owocne działania? Planowanie firmy jaką chcemy założyć? Własny rozwój? Naukę– kto wie….

Pracować do samego porodu czy nie pracować?

Oto jest pytanie i dość trudny temat. Bo nie ma tu dobrej odpowiedzi. Chciałabym jednak aby było nam łatwiej, abyśmy mogły przerwać pracę w dowolnym momencie ze względu na ciążę, bez problemu do niej potem wrócić i dalej rozwijać się zawodowo. Nie każda z nas chce tego samego, nie każda będzie chciała po porodzie dalej piąć się w górę po drabinie zawodowej kariery…

Ja oczywiście będę cały czas Was do tego zachęcać i walczyć o to, aby było nam łatwiej, a co wybierzecie to już będzie Wasza decyzja

Jestem też niesamowicie ciekawa, jakie są wasze refleksje dotyczące tego tematu? Co o tym sądzicie? Jakie macie przemyślenia?

Piszcie koniecznie :-)!

Maja

 

Bądź towarzyski, podziel się!