Warto aby mama wyszła czasem z domu :-) 0

Karmię piersią już od prawie 3 miesięcy, a ponieważ po raz pierwszy zostałam mamą, moje wyjścia z domu, żartobliwie nazywane ‘wychodnymi’ (kiedy wychodzę sama) i ‘wyprawą’ (kiedy jadę gdzieś z synkiem), mają swoją małą historię.

Wyodrębniłam 3 okresy przez jakie przeszłam do tej pory:

1 – Pierwsze 3 tygodnie, kiedy to panicznie bałam się wyjść z domu zarówno sama jak i z maluchem. I nie mówię tu o spacerach z wózkiem, tylko o udaniu się gdzieś ‘dalej’: do centrum handlowego, do znajomych, do kosmetyczki. To był okres, w którym uczyłam się bycia mamą, poznawałam rytm dobowy mojego synka i potrzebowałam chwili aby poczuć się pewnie. Z jednej strony chciałam wyjść z domu, z drugiej strony wiedziałam, że to jeszcze nie pora.

2 – Kolejne 4 tygodnie – tu zaczęły się moje tzw. „wychodne”, bo nie mogłam usiedzieć w domu, potrzebowałam wyjść, zrobić paznokcie, pójść do kosmetyczki. I niby wszystko pięknie, bo rodzina (mąż, moja mama i siostra) zawsze chętni do pomocy, żeby mnie zastąpić na te 2 godziny przy maluszku, ale ja czułam obawy i rozdarcie. Wielokrotnie chciałam zrezygnować, odwołać wyjście, czułam, że nie powinnam wychodzić, itp. itd., ale na szczęście otrzymywałam niesamowite wsparcie od najbliższych. W tym okresie było też moje pierwsze wyjście z koleżankami do kina, o którym pisałam ostatnio: Pamiętam, że siedziałam na sofie i myślałam, że jest ok, zostanę w domu, nigdzie nie pójdę i wszystko będzie dobrze… Wtedy przyszedł mój mąż i zaczął się dopytywać, kiedy jadę do kina, w co się ubiorę, itp. itd. Powiedziałam, że nie jadę, a on się zapytał, czy tak zawsze będę mówić i czy planuję nigdy nie wyjść z domu, a poza tym on wie jak się zajmować małym i mam być spokojna, bo wszystko będzie dobrze. No i wysłał mnie do kina. Siedziałam z tzw. duszą na ramieniu ;-), co jakiś czas pisząc smsy, ale wróciłam niesamowicie szczęśliwa. Moje chłopaki całe, zdrowe i zadowolone powitały mnie w domu. Adasiek wypił co prawda nadmiar mleczka, ale co tam, jak to mówi tata: „W końcu się najadł ;-)”.

3 – I okres trzeci, czyli praktycznie od momentu, gdy mój synek zbliżał się do magicznego terminu 2 miesięcy do chwili obecnej. Nie mam już takich obaw, kiedy wychodzę sama z domu. Jeżdżę też z maluszkiem, choć nadal ostrożnie. Do znajomych pójdę z nim bez problemu, ale jeszcze stopniowo dozuję wizyty w miejscach publicznych, bo obawiam się wirusów i tego, że głośno, dziecko się zmęczy i zestresuje. Myślę, że kiedy Adaś ukończy te 3 miesiące, będę z nim wychodzić z domu o wiele częściej. A planów mam całą masę :-). Oczywiście wszystko w granicach zdrowego rozsądku :-).

Ale po co ja to wszystko piszę?

Będąc w ciąży myślałam o tym inaczej, odważniej, bo brakowało mi wtedy jeszcze tej ‘matczynej’ wyobraźni. Byłam pewna, że nie zrezygnuję z wyjść do kosmetyczki, fryzjera, na zakupy, na siłownię, do kina, bo jak mi się wtedy wydawało ‘taka już jestem’. Nie widziałam też żadnych problemów jeśli chodzi o wychodzenie z domu z dzieckiem. Oczami wyobraźni widziałam nas na kilkugodzinnych … spacerach, razem u manicurzystki, u fryzjera, itp. itd……. Nadal lubię być zadbana, bo to dodaje mi pewności siebie i poprawia humor, ale jestem też zaskoczona łatwością, z jaką potrafię z tego wszystkiego zrezygnować. Tak, potrafiłabym sobie to wszystko teraz odpuścić, może dlatego, że siedzę w domu, nie chodzę do pracy, może nie jest mi to teraz potrzebne… Tylko jak się nad tym wszystkim zastanawiam, to ja właśnie tych moich wyjść raz na jakiś czas potrzebuję. I nie jest to egoizm. Dla naszej własnej równowagi psychicznej, warto czasem wyjść z domu i zrobić coś dla siebie, choćby to miała być mała rzecz, zakupy na przecenach, henna, fryzjer. Czy zawsze musimy myśleć w kategoriach: potrzebuję paznokci do pracy, fryzury na imprezę, makijażu tylko wtedy, gdy widzą mnie inni, a jak siedzę w domu to nie potrzebuję już nic? „Wychodne” mają jak widzimy dwojakie znaczenie. Z jednej strony pozwalają nam wyjść z domu, odetchnąć, pobyć sam na sam ze sobą, a wizyta u kosmetyczki, fryzjer czy kino to po prostu dobry pretekst. Z drugiej strony, te wyjścia (czy samodzielne, czy też z maluchem) motywują nas do tego, aby zrobić makijaż, ładnie się ubrać i przede wszystkim poczuć, że jesteśmy kobietami. Bardzo spodobała mi się ostatnio akcja „Mama idzie na kawę”, bo pozwalając odkryć miejsca przyjazne mamom z dziećmi, zachęca je przede wszystkim do wyjścia z domu. Jestem na TAK. Martwię się tylko czasem tym, że bardzo często siedząc w domu czujemy się bezradne, a inni, oczekują, że tak właśnie będziemy siedzieć, bo niby „po to jest urlop macierzyński. A ja uważam inaczej. To jest nasz czas z dzieckiem, a nie czas zakładnika domowego, i tylko od nas zależy, jak go spożytkujemy. Dlatego nawet jeśli przez chwilę myślicie, że tak właśnie trzeba, nie rezygnujcie z tego, co sprawia Wam małe przyjemności. Wyjdźcie z domu i nie szukajcie argumentów na nie, jak: „a bo mała znowu mi się rozbeczy, co ja wtedy zrobię”, „a bo to tyle zachodu zapakować nas do samochodu i pojechać do fryzjera”, „nie zostawię dziecka z mężem w domu i nie pojadę na paznokcie, bo pomyślą, że jestem egoistką”, itp. Zamiast wymówek, szukajmy rozwiązań, wychodźmy z domu, oddychajmy świeżym powietrzem. Zamknięte w czterech ścianach nie zawsze będziemy szczęśliwe (oczywiście nie musicie się ze mną zgadzać), a dziecko przede wszystkim potrzebuje zadowolonej i pogodnej mamy…

Powtarzając moje ulubione hasło Spełniona mama = Szczęśliwa mama, namawiam do wychodzenia z domu i zrobienia od czasu do czasu czegoś dla siebie. Czytałam ostatnio sporo o Francuzach. Kochają swoje dzieci nad życie, bardzo o nie dbają, ale Francuskie mamy nie zapominają też o sobie, o swoim wyglądzie zewnętrznym i równowadze psychiczną. Chodzą wypoczęte, zadbane, wracają do figury już 3 miesiące po porodzie, dbają o relację z mężem, na spacery chodzą w szpilkach, a ich dzieci doskonale się rozwijają i co ciekawe (uwaga!!!) są cierpliwe i grzeczne. Niewątpliwie, czegoś można się od nich nauczyć :-). Tak, o tym będzie artykuł ;-)

Bądź towarzyski, podziel się!