Odtajnione: Pierwsze dwa tygodnie bycia mamą 2

Artykuł został opublikowany w wersji skróconej 26 listopada 2014 w Czasopiśmie Dobra Mama.

Nie jestem idealna, choć przyznaję, że zawsze starałam się dążyć do doskonałości. To właśnie ta cecha odrobinę mnie zgubiła na początku mojej macierzyńskiej ścieżki … Przed porodem naiwnie myślałam, że jak urodzę to oprócz nowych obowiązków, którym przecież podołam, kompletnie nic się nie zmieni…. Jednak zmieniło się prawie wszystko, a ja nie tylko musiałam nauczyć się być mamą, ale także na nowo poukładać moje codzienne obowiązki, a wręcz przestawić całe życie.

Nie napiszę tutaj wyłącznie o tym, jak to cudownie i różowo było na początku mojego macierzyństwa. Przyznaję, że dzień narodzin mojego synka był dla mnie najpiękniejszym w życiu, ale nie byłabym z Wami do końca  szczera, gdybym powiedziała, że było lekko. I jeśli jesteście mamami to dobrze wiecie o czym mówię, a jeśli macierzyństwo dopiero przed Wami, to kiedyś pewnie przekonacie się, że w niesamowity sposób potrafi przewrócić nasze życie do góry nogami.

Na początku bardzo zmęczył mnie szpital. Na oddziale panował swoisty „szczyt sezonu ogórkowego”- dziennie rodziło się po 40 dzieci, sale były wypełnione po brzegi, a łóżka wystawiano nawet na korytarz. Poród zaczął się o północy. Przez 7 godzin próbowałam urodzić naturalnie Nie udało się, bo pod koniec tętno mojego synka zaczęło gwałtownie spadać i lekarz podjął błyskawiczną decyzję o cesarskim cięciu. Z samego zabiegu pamiętam tylko, że pozwoliłabym się pokroić nawet bez znieczulenia. Trwał zaledwie kilka minut. Myślałam wtedy wyłącznie o tym, żeby jak najszybciej zrobili mi cięcie i wyciągnęli zdrowe dziecko, bo tylko o nie się wtedy bałam. Kiedy Adaś zaczął krzyczeć, poczułam niesamowitą ulgę i ciepło w sercu, a gdy położyli go na mojej piersi, a on malutkimi rączkami dotknął mojej szyi, zaczęłam płakać z szczęścia. Pomyślałam sobie: „Już wszystko dobrze. Jestem już mamą”. Potem założono mi szwy i zostałam przewieziona na salę z pooperacyjnym nadzorem. Po jakiś 9 godzinach leżenia musiałam wstać z łóżka, a następnie wziąć prysznic. Do tej sali już nie wróciłam. Zostałam przeniesiona do normalnej, gdzie dołączyły do mnie dwie kolejne dziewczyny, również po cesarskim cięciu. Przez cały ten czas czułam się strasznie. Dziękowałam Bogu za cewnik i że dzięki niemu nie muszę wstawać z łóżka. Następnego dnia rano wszystko bolało jeszcze bardziej, ale dowiedziałam się, że już nie dostanę żadnego środka przeciwbólowego, bo przecież zaczynam karmić piersią. Do tego usunięto cewnik, więc po jakimś czasie, zgięta w pół, wyruszyłam na poszukiwanie łazienki. Wracając, zabrałam mojego synka i przywiozłam jego łóżko do mojego pokoju. I od tej pory musiałam już sobie radzić sama.

Drugi dzień bycia mamą, w porównaniu z pierwszym, był o wiele trudniejszy. Bez tabletek przeciwbólowych, bez pomocy, musiałam zaopiekować się moim dzieckiem, a do końca nie wiedziałam jak. I nie miałam siły. Kilka minut zajmowało mi wstawanie z łóżka, bo bałam się że porozrywam szwy. Ledwo chodziłam, bo tak mnie bolał brzuch. Niewyspana, bez makijażu, w koszuli nocnej, nie miałam czasu ani głowy by przejmować się tym, co pomyślą o mnie inni. Mój malutki synek tego dnia bardzo płakał i był głodny. W moich oczach pojawiły się pierwsze łzy rozpaczy, bo nie potrafiłam go uspokoić. Gdyby nie obecność innych osób, pewnie rozpłakałabym się na dobre z tej bezradności, jaką wtedy czułam.

Urodziłam we wtorek, ze szpitala wyszłam po 4 dniach, w piątek. Kiedy mąż przywiózł mnie do domu, posadził w nowym miejscu do karmienia, poczułam się  najszczęśliwszą kobietą na świecie, bo nic więcej nie potrzebowałam. Dostałam mój kąt, zapewniono mi spokój, opiekę i w komfortowych warunkach wreszcie mogłam poświęcić się maleństwu. W  szpitalu panował zaduch, przewijała się masa odwiedzających, nie byłam w stanie spać, ani choć trochę odpocząć. Do domu wróciłam na skraju wyczerpania. Pomyślałam, że najgorsze już za nami. Tylko wtedy właśnie zaczęły się kolki Adasia. Dziecko, które spało jak aniołek w szpitalu, zaczęło okropnie płakać. Karmiłam – przewijałam – uspokajałam. I tak w kółko, bez chwili wytchnienia. Pierwsze nieprzespane noce dały mi się nieźle we znaki. Wtedy pomyślałam – chyba mam dość

Czy dopadł mnie baby blues? Chyba trochę tak. Choć twarda ze mnie baba, to nie raz podczas tych dwóch tygodni chciało mi się płakać. Po porodzie dotarło do mnie, że muszę już inaczej patrzeć na swoje życie, że raczej nie prędko wrócą idylliczne poranki z laptopem i filiżanką kawy i że nie wyjdę już beztrosko sama z domu, jak dawniej. A bardzo chciałam, żeby nic się nie zmieniło…. Zaraz po powrocie ze szpitala myślałam, że bez problemu zajmę się moim synkiem, domem, będę gotować, piec, wdrażać moje plany, pisać blog, etc. Niestety życie napisało swój scenariusz. Zmęczenie wzięło górę, nie byłam w stanie praktycznie nic zrobić, nawet rozkład moich obowiązków macierzyńskich był chaotyczny, nie mówiąc już o tym, że brakowało mi czasu na posiłki. Czułam, że fatalnie sobą zarządzam i za wszelką cenę chciałam działać tak jak dawniej.

Tak minął pierwszy tydzień, drugi, a potem cały miesiąc. W końcu poczułam się pewniej w roli matki. Zaakceptowałam w pełni nieprzespane noce i nauczyłam się odsypiać w dzień. Pisanie, które było na początku niemożliwe, zaczęło przychodzić z  łatwością. Kiedy trochę odpuściłam, zwolniłam tempo, poczułam się spokojna i szczęśliwa.

Niektóre z Was powiedzą pewnie, że powinnam była się z tym liczyć. Przed porodem wiedziałam, że będzie trudno, jednak moje wyobrażenia o macierzyństwie były trochę inne. To trzeba przeżyć, poczuć na własnej skórze. Tylko wtedy tak naprawdę wiemy, jak to jest zostać po raz pierwszy w życiu mamą.

Macierzyństwo to dla kobiety prawdziwe wyzwanie. Najpierw jest ciąża – radosny okres, który jednak pod koniec zaczyna odrobinę męczyć. Po niej poród, gdzie musimy przebyć maraton, dla wielu z nas pierwszy w życiu… I po tym maratonie, kiedy chciałybyśmy wreszcie odpocząć, przychodzą nowe wyzwania i nie ma miejsca na słabość. Kobieta musi się dość szybko wziąć w garść i stanąć twarzą w twarz z nową rzeczywistością. Niesamowicie szczęśliwa, bo została mama i jednocześnie bardzo zmęczona biegiem, który właśnie przebyła, a tak naprawdę to dopiero jego początek.

Piszę szczerze o tej sytuacji, bo wizja macierzyństwa ukazywana w mediach odbiega od rzeczywistości. To niesamowicie piękny moment w życiu kobiety, ale też ogromny trud i wysiłek. Jeśli jesteście zmęczone, jeśli macie dość i miałybyście ochotę rzucić to wszystko, to chcę żebyście wiedziały, że nie jesteście same, że nie jesteście jedynymi, które tak czują. Mój blog powstał właśnie po to by się wspierać, bo wszystkie mamy podobne przeżycia w tym najpiękniejszym i jednocześnie najtrudniejszym momencie życia.

W wirtualnej rzeczywistości, gdzie ciągle pokazywane są zadbane celebrytki, z opisami, jak świetnie sobie radzą po ciąży, możemy odczuć, że powinnyśmy tak samo, że nie wolno nam narzekać, powinnyśmy być piękne, zadbane, z uśmiechem na ustach. Nic bardziej mylnego. Gwiazdy z reguły mają wiele rąk do pomocy i też je na to stać. Poza tym są gwiazdami i to jest w końcu wpisane w ich wizerunek publiczny, że ciągle muszą prezentować się dobrze. Ale mimo wszystko oczekuję innego myślenia od społeczeństwa, zrozumienia, że ten pierwszy etap macierzyństwa jest trudny dla każdej kobiety. Martwi mnie, że bardzo często jesteśmy wtedy same. Chciałabym żeby wszyscy ojcowie, w jednakowym stopniu angażowali się i pomagali młodej mamie po porodzie.

Z pełna odpowiedzialnością  mogę powiedzieć, że macierzyństwo czyni nas silniejszymi, bez względu na to jak trudne były jego początki. Mama potrafi się dobrze zorganizować, lepiej zarządza sobą i czasem, odkrywa zdolności, o których nie miała wcześniej pojęcia. Dlatego uwierzcie w siebie drogie mamy, bo macie siłę, z której może jeszcze nie zdajecie sobie sprawy. Pierwsze tygodnie i miesiące szybko miną, a Wy cieszcie się nimi z Waszymi maluchami, bo ze wszystkim dacie sobie radę!:-)

Bądź towarzyski, podziel się!