O tym jak po porodzie chciałam wcielić w życie tzw. „Łatwy plan” 2

Tuż przed porodem kupiłam książkę Tracy Hogg, Melinda Blau „Język niemowląt”. Bardzo mi się spodobała. Jako nie doświadczona jeszcze wtedy matka stwierdziłam, że jest świetna i zawiera panaceum na wszelkie problemy wczesnego macierzyństwa. Po porodzie, postanowiłam wcielić w życie, te wszystkie złote rady, jakie przeczytałam, mając oczywiście nadzieję, że po dwóch pierwszych miesiącach będę mogła podzielić się wspaniałym doświadczeniem…

Co takiego postanowiłam wprowadzić w życie?

Książka traktuje o niewerbalnym zachowaniu niemowląt, a dokładnie opisuje, jak interpretować płacz dziecka, jak rozpoznawać, co oznaczają jego grymasy lub ruchy ciała, itp. I to jest całkiem rozsądne podejście i faktycznie można nauczyć się „języka niemowląt”, a następnie stosować te metody np. do odróżniania czy płacz oznacza głód, czy może zmęczenie. Na początku wydawało mi się to trudne, ale z czasem nauczyłam się wszystkich odmian płaczu Adaśka. Dlatego uważam, że pod tym względem książka jest dobra. Jednak Pani Hogg proponuje coś jeszcze, mianowicie wdrożenie tzw. „Łatwego planu”. I to nie do końca mi wyszło.

„Łatwy plan” – za i przeciw

Łatwy plan polega na stworzeniu dziecku czegoś w rodzaju interwałów, czyli etapów, które powtarzane są cyklicznie. W tym przypadku: 1- karmienie, 2- aktywność (zabawa, przewijanie, itp.), 3 – sen. Autorka postuluje, i tu się z nią zgadzam, że dzieci nie lubią chaosu, są istotami myślącymi, którym należy się takie samo traktowanie jak dorosłym. Do tego potrzebują spokoju oraz w początkowym okresie nie wolno ich wystawiać na działanie zbyt wielu bodźców, takich jak za duża ilość zabawek, głośna muzyka, gwałtowne kołysanie. Podejście jest więc ciekawe i zbudowane w bardzo rozsądny sposób, dlatego nie miałam wątpliwości, „łatwy plan” był dokładnie tym, czego właśnie wtedy szukałam.

Nie trudno sobie wyobrazić, że w pierwszych tygodniach po porodzie, ja zdesperowana matka, przerażona nowym porządkiem mojego życia, szukałam każdej deski ratunku, która wprowadziłaby jakikolwiek ład ;-). Nie zastanawiając się zbyt wiele, po jednym burzliwym dniu, kiedy to karmiłam malucha co 45 minut, powiedziałam sobie „O nie! Ja się nie dam ;), wdrożę łatwy plan i wszystko będzie już dobrze”.

Następnego dnia rano rozpoczęłam wprowadzanie 2,5 godzinnych cykli, bo zgodnie z książką maluch powinien jeść co 2,5-3 godziny. Jeśli je za często, to może mieć kolki, bo wtedy spija z reguły pierwsze mleko, zawierające za dużo laktozy. Uwierzyłam i w to, dlatego pilnowałam Adaśka, żeby długo jadł, a potem pilnowałam znowu, żeby miał odpowiednią przerwę do kolejnego karmienia. Jak płakał, to interpretowałam to np. znudzeniem ;-) i wszystkim innym, tylko oczywiście nie głodem.

Przez 2 tygodnie zamęczałam siebie i dziecko. Wychodziłam z domu na długie spacery, Adasiek często na nich płakał i oczywiście bardzo się przejmowałam, jak karmiłam za często. Cały czas przyświecała mi wiara we własne możliwości oraz w to, że w końcu efekt zostanie osiągnięty. Aż wreszcie otrzeźwiałam ;-). Mój mąż dał mi do zrozumienia, że jestem szczęściarą (dosłownie mówiąc), bo moje dziecko śpi w nocy i dlatego najprawdopodobniej potrzebuje jeść więcej w ciągu dnia. Dodał, że jak tak intensywnie będę wcielać w życie „łatwy plan” to mogę osiągnąć efekt odwrotny do zamierzonego i nasz syn będzie jadł regularnie co trzy godziny przez całą dobę i wtedy stracę to szczęście, które mnie spotkało, że mogę spać w nocy. Miał rację.

Teraz, kiedy Adaś ma już te 4 miesiące zupełnie inaczej patrzę na „regulowanie”. To nie ma sensu. Dziecko, samo wie najlepiej ile i kiedy ma jeść, a z czasem pojawi się w tym wszystkim też i regularność. Im starsze tym je efektywniej (więcej, za to krócej i rzadziej). Sztuczne modyfikowanie potrzeb dziecka, nie dość, że wywoła mnóstwo niepotrzebnego stresu, to na dodatek może niczego nie zmienić lub zmienić to, czego nie powinno. Oczywiście nie twierdzę, że tak będzie w każdym przypadku. Po prostu korzystając z mojego niewielkiego jeszcze doświadczenia odradzam wymuszania na dziecku sztucznych ram czasowych, nienaturalnych interwałów, które niekoniecznie wniosą coś dobrego. Nie warto fundować kilku tygodniowemu lub kilku miesięcznemu maluchowi stresu i płaczu, wywołanych głodem. Bo nie zaspokojenie podstawowych potrzeb w tak wczesnym okresie życia, nie zrobi nic dobrego, a jak sama książka mówi maluch potrzebuje przede wszystkim bezpieczeństwa i spokoju.

„TAK” dla odczytywania języka niemowląt, „NIE” dla sztucznych cykli

Podsumowując – jestem za odczytywaniem niewerbalnych znaków dziecka (jak mimika twarzy, ruchy ciała czy rodzaje płaczu). Jako psycholog, ale też i matka, która wpadła na niezbyt mądry pomysł regulowania noworodka, niestety odradzam „łatwy plan”. I patrząc z perspektywy czasu mogę powiedzieć, że mój synek wprowadził w życie swój własny plan, gdzie przesypia 8 godzin w nocy i je 8 razy w ciągu dnia. Jednym słowem dwutygodniowa „męka” nie była nikomu (ani jemu ani mnie) potrzebna. Tak naprawdę spokój, jaki po tym zapanował, sprawił, że wszystko się uregulowało we właściwy sposób. Im mniej stresu, im bardziej zrównoważone podejście w pierwszych tygodniach, tym tak naprawdę lepiej. Warto podchodzić spokojnie i przyjmować „nową” rzeczywistość po porodzie taką, jaką jest. Dzięki temu nam i dziecku będzie łatwiej:-)

Bądź towarzyski, podziel się!