Mój mąż mi pomaga…. ależ mnie ten tekst wkurza! 3

Jakiś czas temu siedziałam w parku ze znajomymi. I nasz kolega powiedział do swojej żony:

- „Powinnas się cieszyć, że tak ci pomagam przy dzieciach!”.

- „A to są czyje dzieci?” – odparłam.

- „No jak to czyje? Nasze?”.

- „Mhhy… a dziękujesz Asi, że się nimi zajmuje?

- „No nie, niby czemu?

- „A ona „ma się cieszyć z tego, że Ty jej POMAGASZ?”

Prawie 3 lata temu zakiełkował w mojej głowie pomysł, na pierwszą BeMam’owa akcję parentingową…. Miała być inna niż wszystkie, zgromadzić mnóstwo ludzi, zrobić oczywiście wielki szum w temacie, a przy okazji rozwijać bloga. Niestrudzona przemierzałam biegiem okoliczne dróżki i planowałam coś, co miało się odbyć miesiąc później. Tak, w przypadku tej pierwszej rzuciłam się na głęboką wodę, przy okazji równie głęboko wierząc, że na kilka tygodni przed powrotem do pracy uda mi się spowodować trzęsienie ziemi….

Z nazwą akcji był od początku problem…. Miała być hasłowa, nadawać się na logo, a przy okazji nikogo broń boże nie urazić. Bo tatusiowie, jak myślałam, mogliby się poczuć nieswojo, gdybym wyleciała z czymś feministycznym…..

I tak pojawiła się nazwa:

„Tato Pomaga Mamie”

Obmawiana po częstokroć, mimo prób i dyskusji, nigdy nie została zmieniona. Aż do teraz, kiedy „pomaganie” w sferze rodzicielstwa wydaje mi się pojęciem dość dziwnym.

Zdarzyło mi się w ostatnim czasie doświadczyć kilku sytuacji, gdzie inne kobiety, próbowały mi wmówić, że rodzicielstwo to przede wszystkim rola matki. Najczęściej były to sześćdziesięcioletnie panie, które potrafiły powiedzieć np.: „Oj, ty tyle masz teraz na głowie, ciężko ci. Tak to matki mają. Ale zobaczysz, jak chłopaki podrosną, to będzie ci lżej”.

Słucham?! Komu ma być lżej? Tylko mi? Czy nam – rodzicom :-)? Dodam, że te panie pochodzą z czasów, kiedy opieka nad dziećmi wyglądała zupełnie inaczej niż teraz. Generalizując trochę (no bo zawsze są wyjątki) mniej się wtedy przejmowano wieloma rzeczami, matka była częściej w domu, inaczej zajmowała się pociechami, często gotowała, sprzątała, a dzieci zajmowały się „same sobą…”. Wbrew pozorom nikt się tym wszystkim nie przejmował tak mocno, jak teraz. Teraz wymagania wobec macierzyństwa, wychowania i poświęcenia są zupełnie inne. Inaczej patrzy się też na czas spędzany z dzieckiem. Liczy się jego jakość. Z drugiej strony, jakby tych wszystkich oczekiwań było mało, kobieta znacznie częściej przebywa w pracy, którą niestety bez właściwego zaangażowania może stracić. Zajmowanie się dziećmi, opieka kiedy są chore i nie mogą być w żłobku czy w przedszkolu, powinno być więc moim zdaniem udziałem obojga rodziców.

A jednak, mimo przeorganizowania życia, stereotypy są nadal bardzo mocno zakorzenione w naszych głowach. Nadal więc oczekujemy od matek 100% poświecenia, samodzielnej opieki nad dzieckiem i oczywiście powrotu do pracy, a potem gotowania, sprzątania i wychowania maluchów. Tato w tym niebezpiecznym ujęciu może stać się osobą od „pomagania”. Chronioną ojcowskim immunitetem. Tak też często uważają nasze mamy i babcie, niestety często też my same. Matka z ambicjami, która chce pracować i cieszyć się równouprawnieniem w domu, naraża się na oskarżenia, że jest wygodna, niezainteresowana, mało opiekuńcza. Toż to czysta egoistka….!

Mamy też nie jeżdżą w delegacje (? ja właśnie na niej jestem ;-)). Oczywiście jest to kwestia wyboru. Kwestia prawa, bo można odmówić wyjazdów do 4 roku życia dziecka. Ja też nie chcę jeździć, ale akurat muszę raz na jakiś czas, bo taką mam pracę. Nie piszę tego jednak dlatego, żeby powiedzieć „matki też chcą jeździć, żądam równouprawnienia” ;-) O nie! Chcę tylko napisać, że kiedy tato jeździ, to najczęściej nie ma z tego powodu problemu. Mama zostaje w domu i na pewno sobie poradzi. Odwrotna sytuacja jest rzadka. Mamy rezygnują z pracy, gdzie są delegacje i nie wyjeżdżają, pozostawiając w domu dzieci pod opieką taty. No a jeśli już wyjadą to na krótko, z wyrzutami sumienia….

Mój mąż mi nie pomaga, bo jest równoprawnym rodzicem, tak samo jak i ja. Oboje pracujemy, oboje dzielimy się obowiązkami w domu i opieką nad dziećmi i to nie jest „POMAGANIE”. Wiadomo, tego nie da się często przedzielić prostą linią, ale nie ma czegoś takiego jak bardziej rodzicielski rodzic, bardziej zapracowany rodzic czy bardziej oddany rodzic. Dziecko rodzi się w wyniku inicjatywy i taty i mamy :-) Z resztą, jak pisałam już nieraz, każdy z rodziców odgrywa odmienną rolę, choć równie ważną w jego rozwoju (Dlaczego kąpiele z tatą są takie ważne?). Oboje muszą być więc zaangażowani i obecni.

A wracając do nazwy akcji. Kiedyś bardzo jej broniłam. Dziś nie znajduję już zbyt wiele na jej uzasadnienie. Zaczynam się obawiać, że słowo „pomaga” pogłębia stereotyp, podkreślając, że głównym rodzicem jej mama, a tato jest od drobnych rzeczy. A ja doceniam rolę taty i uważam, że ma on prawo do czegoś więcej niż miejsce w drugim rzędzie. Stoję też murem za mamami, bo jako matka pracująca (i nie tylko pracująca ;-)) wiem, że bez podziału obowiązków w domu, daleko bym nie zajechała. Jestem też człowiekiem i czasem lubię sobie chwilkę dychnąć, napić się wina na rodzinnej uroczystości, czy polenić w ogródku, podczas gdy mój mąż zajmuje się chłopakami.

Nazwę TPM trzeba więc będzie niebawem zmienić ;-) Czekam na Wasze propozycje!

 

Bądź towarzyski, podziel się!