Karmienie piersią w miejscach publicznych. Czego ja idiotka kiedyś nie wiedziałam. 4

Siedzę sobie na środku areału restauracyjnego w Magnolii, największej galerii handlowej Wrocławia, tetrą opatulona na prawym ramieniu, i karmię w najlepsze. Obserwuję współtowarzyszących. Zerkają ukradkiem. Ktoś komentuje, co ona robi…. Ktoś inny udaje że nie widzi. Na szczęście są i tacy, którym jest to po prostu obojętne. I szczerze mówiąc mało mnie to już wszystko obchodzi. Chyba nie obrażam niczyich uczuć religijnych czy estetycznych, kiedy siedzę zagrzebana po samą szyję w białej tetrze. Nie widać ani dziecka, ani cyca, ani tak naprawdę mnie. Więc co komu do tego, że karmię niby publicznie, a tak naprawdę za parawanem?!

Ciekawe to wszystko. Kiedyś nie pomyślałabym nawet, że to możliwe, że zdobędę się na odwagę i obnażę pierś w miejscu dostępnym dla innych. Jeszcze nawet po uradzeniu Adasia było to dla mnie nie do wykonania. W sumie wbrew mnie samej, łażącej w szpilkach, elegancko, sztywno, najchętniej w sukienkach, które wcale nie nadają się do karmienia. Gdzieżby mi wtedy przyszło do głowy, żeby usiąść na środku galerii i karmić? Na zakupy jeździłam z butlą ściągniętego mleka, w duchu modliłam się, żeby starczyło, a gdy się kończyło karmiłam w samochodzie, bo miejsca do karmienia jakoś mnie odrzucały. Nie były wtedy zbyt ciekawe, albo ich po prostu wystarczająco mocno nie szukałam…

Pierwszy raz nakarmiłam publicznie Adasia nad morzem, w jakiejś rybnej knajpie. Zrobiłam to tylko dlatego, że tak naprawdę była pusta i skończyło się mleko z butelki, a on postanowił zawyć w niebogłosy. Nic więc dziwnego, że zdobyłam się na odwagę. To mnie przełamało. Od tamtej pory było już tylko łatwiej. Mi karmić publicznie, ale tak na prawdę wreszcie skorzystać z ułatwień, jakie to ze sobą niesie. Pokarm zawsze jest i nic nie stoi na przeszkodzie, żeby go użyć, nie ma więc granic i limitów. Możesz pójść gdzie chcesz, na ile chcesz, a Twoje dziecko będzie miało, co potrzeba.

Uprzedzenie do karmienia piersią

Jak to jest, że coś co jest najbardziej naturalne i najpiękniejsze na świecie, coś co dotyczy praktycznie nas wszystkich, coś co można powiedzieć wyssaliśmy z mlekiem matki, potrafi być przez tak wielu z nas postrzegane jako obrzydliwe, a matki, które to robią publicznie, jako nietaktowne i nieobyte? Bo najczęściej tak widzimy karmienie, kiedy jeszcze nas ono w formie „rodzicielskiej” nie dotyczy.

Odpowiedzcie na to pytanie szczerze – Zawsze podobały Wam się babki z cycem na wierzchu, które karmią swoje dzieci w sklepie, restauracji, poczekalni czy pociągu? Bo mi nie. Bo kiedy miałam te 20 lat nie potrafiłam tego zrozumieć. Wydawało mi się, że wszystko wiem na ten temat, a przede wszystkim jestem idealnie obyta i w życiu nie popełnię takiego faux pass. To mnie zablokowało na następne lata tak bardzo, że nie potrafiłam się przełamać, kiedy w końcu i sama zostałam matką. O dziwo wtedy już nabyłam niesamowitą tolerancję dla karmień publicznych i wcale mi to nie przeszkadzało u innych. Tylko nadal jakoś sama, nie potrafiłam się przełamać. Choć utrudniało to życie, jak cholera.

Myśląc nad rodowodem tego mojego niezrozumiałego podejścia do karmienia, potrafię sobie tylko przypomnieć, że moja rodzina zawsze to krytykowała… Czemu nie wiem, ale miało to na moje myślenie dość istotny wpływ. Ale udało mi się z tego myślenia wyłamać. Wykazuję teraz nieograniczone wręcz morze tolerancji i przede wszystkim sama się w tym również doskonale odnajduję.

Tolerowanie rodzica. Tolerancja, którą w rodzicielstwie odkrywamy…

Tak naprawdę nie chodzi tu o samo karmienie. Wszyscy jesteśmy najmądrzejsi w dziedzinie wychowania dzieci, opieki nad nimi czy karmienia, dopóki sami nie zostaniemy rodzicami. Wtedy nagle kula ziemska na chwilę przestaje krążyć i w końcu dociera do szarych komórek, że nas to też dotyczy, że to teraz nasz problem a nie tej baby, co karmi na środku galerii. Że teraz to my też taką babą się staniemy, że od tej chwili problemy rodzicielskie i bachor, który będzie się darł na pół sklepu, że chce ciasteczko, to będzie również nasz problem. Jakże inaczej to wszystko wygląda, zanim urodzi się pierwsze dziecko? Jesteśmy najmądrzejsi, krytykujemy innych, mówimy, że są złymi rodzicami, że nie są konsekwentni, że na psychologii się nie znają, zmieniają pampersy gdzie popadnie, nie dbając o innych, czy w końcu, że uwielbiają wyciągać te swoje cyce w miejscach publicznych, że to obrzydliwe. Mamy odpowiedź na wszystko, wszystko wiemy, doktorat z psychologii rozwojowej, specjalizację z savoir vivre’u i nienaganne maniery. Jak niewiele potrzeba, żeby przejrzeć na oczy, prawda ;-)?

Najczęściej wystarczy zostać rodzicem. W mgnieniu oka ulega przewartościowaniu cały nasz świat. Nagle to, co było tak okropne, zaczyna mieć swoje miejsce i funkcje. Nagle odkrywamy, że jak nie ma miejsca w toalecie, i trzeba przewinąć malucha, to zrobimy to, choćby był to środek rynku czy sali. Jeśli dziecko drze się w wniebogłosy i ryczy, to zapomnimy o wstydzie, rozpniemy ten stanik i bez problemu karmimy. A jakże inaczej wygląda w końcu bunt dwulatka? Kiedyś widzieliśmy tylko nieudolnych rodziców i pokrzywdzone lub/i niewychowane dziecko. Teraz często bezradni, sami znajdujemy się w sytuacji, gdy połowa sklepu patrzy na nas jak na idiotów i pod nosem burczy: „Biedne dziecko” lub „co za bachor! Jak oni go wychowali!”.

Wracając jednak do karmienia. Oczywiście, ze są wśród nas i tacy, którym nigdy to nie przeszkadzało i tacy, dla których to zawsze będzie obrzydliwe, i też i ci, którzy w końcu po narodzinach potomka odkrywają, na czym to wszystko polega. Byłoby jednak fajnie, gdyby łączył nas w tym wszystkim jeden wspólny mianownik. Gdybyśmy to po prostu akceptowali. Gdybyśmy raz na zawsze dali sobie spokój z ocenianiem matki, której jedyny cel to po prostu nakarmić ukochane dziecko!

 

Bądź towarzyski, podziel się!