Czy na macierzyńskim masz prawo być chora? 2

Posypałam się ostatnio. Choruję po raz trzeci, a właściwie to już czwarty w tym miesiącu. Jedno przeziębienie po drugim (razy 3), poprzeplatane dwutygodniowym zapaleniem dziąsła, zatruciem pokarmowym i ponownie zapaleniem dziąsła. Zastanawiam się, czy moja wytrzymałość się już kończy czy dopiero zaczyna….(?). Marzę o poczuciu, że jeszcze gdzieś w środku drzemią we mnie siły witalne, oprócz wszechogarniającego, przygniatającego wręcz znużenia. Z trudem pcham ostatnio wózek, co napawa mnie rozpaczą, bo może i wydreptam te 7 km dziennie, ale tempem żółwia, które niewiele mi pomoże. W piśmiennictwie brak mi ostatnio natchnienia, ale ożywiam się myśląc, że może coś na tym pobojowisku z tej nędzy i rozpaczy stworzę. W tle wre „Mama W Formie Po Porodzie”, tfu – nie wre, tylko się ledwo co kolibie oraz zmizerniałe przygotowania do akcji i kolejnych odcinków mini programu „Zapytaj Maję!”…. Do tego dosłownie ‘dłubię’ jeszcze dwie inne rzeczy, ale o nich na razie cicho sza, bo jak nie wyjdą to sobie przynajmniej wstydu nie narobię. Jeden z moich szefów mówił kiedyś, żeby zabierać się za rzeczy wielkie i trudne, bo jak wyjdą, będziesz bohaterem, a jak ci się nie uda to i tak pomyślą, że jesteś super, skoro się za te trudne rzeczy zabrałeś…. Nie wiem jednak co jest trudem, trudem to jest pozbierać się do kupy i nabrać wiatru w żagle…

Nieraz ostatnio zadałam sobie pytanie: „Czy ja jeszcze dam radę?”. Kurcze myślę sobie te moje choroby to pryszcz, ale czuję się tak jakby przejechało mnie 10 czołgów pancernych, a po nich jeszcze kawaleria i leżę sobie wgnieciona między błoto a trawę ;-)

Ale tak w ogóle to nie jest mi przecież źle, dam radę, czekam tylko na energię, bo z tej beznadziei wyłaniają się nowe możliwości. Zawsze trzeba ich szukać, bo to od nas zależy jaki wpływ na naszą reakcję będzie miał bodziec, czyli to co się dzieje. Generalnie więc śmieszy mnie trochę ten mój stan, bo przecież dam radę. Ale jednak coś mnie w tym wszystkim zaczęło wkurzać….

Zrozumiałam, że problemem jest choroba na urlopie macierzyńskim. Tak, to dotarło do mnie dopiero teraz, kiedy mam już dwoje dzieci… Dotarło tym bardziej, że jakieś dwa tygodnie temu rozmawiałam z mamą dwójki, której mąż pracuje wyjazdowo. Powiedziała mi wtedy, że cieszy się z tego że jej dzieci (3 lata i rok) siedzą z nią w domu, a nie chodzą do przedszkola, skąd mogłyby przynieść jakąś chorobę, bo już wtedy nie dałaby totalnie rady. Mąż ciągle poza domem, a ona ciągle sama.

Znam też rodzinę, gdzie tata jest na miejscu, ale gdy mama jest chora, nie ma ulg, nikt jej nie wyręczy w opiece nad dziećmi. Zwolnienia przecież nie weźmie, bo jak jeśli zajmuje się dziećmi w domu. Mąż może być chory, ale ona już do tego nie ma prawa…

Niestety w społeczeństwie nadal mamy do czynienia z niezrozumieniem tematu urlopu macierzyńskiego. Otoczenie wymaga od kobiety poświecenia, za wszelką cenę. Ok. wiem, wiele z nas ten problem nie dotyczy, jednak odsetek matek, które w przykładowej chorobie pozostają zdane na same siebie jest niestety ciągle zbyt wysoki. I ciągle jeszcze pamiętam reklamę, gdzie przeziębiona matka mówi do zdziwionej córki coś w rodzaju: „Poradzisz sobie córeczko? Bo ja muszę wziąć jeden dzień wolnego”. Znowu stereotypy. Znowu to mama mówi do dziecka, a nie tato. Bo przecież ten drugi obraz nie dawałby tak jasnego przekazu, jak ten z mamą…. Ciekawe, dlaczego…… Niedługo pewnie dorobię się tytułu matki feministki, ale nie zamierzam rezygnować z pisania na takie tematy…

Bo choćbyśmy były nie wiadomo jak dumne z naszego macierzyństwa, spełnione i szczęśliwe, to choroba może być tym czynnikiem, który wystawi nas na próbę, właśnie wtedy, kiedy nie będziemy mogły liczyć na żadne wsparcie. Bo kiedy jesteś słaba i nie wiesz, co się z Tobą dzieje, to jak niby masz się dobrze zająć dzieckiem? Po pierwsze sama możesz je zarazić, po drugie kiedy jesteś zmęczona i słaba, to niestety ale możesz popełnić jakiś błąd, który odbije się na dziecku. Po trzecie, też byś chciała odpocząć, prawda? Dlatego nie rozumiem oczekiwania społeczeństwa, że matka zawsze ma stać na baczność, a tato nie.

Znowu się powtórzę pisząc, że znam wielu wspaniałych ojców, którzy biorą wiele na swoje barki i że też trzymam ich stronę. Ale z drugiej strony znam również dobrze, a nawet i jeszcze lepiej, ten drugi obraz, gdzie niby podział obowiązków istniej, a jak przychodzi co do czego to kobieta jest tą co „nic nie robi na macierzyńskim”, „siedzi w domu”, jest od opieki, sprzątania i gotowania, bez prawa do odpoczynku, gdy zachoruje. Na macierzyńskim L4 nie istnieje, choć zdecydowanie czasem by się przydało. Szkoda, że nikt jeszcze nie wymyślił zwolnienia od obowiązków domowych, gdy ten, co je wykonuje, po prostu nie daje już rady…

Opieka nad malutkimi dziećmi to piękny czas, ale to nie znaczy, że nie jest to również czas trudny. Nieprzespane noce, zmęczenie i ogólny brak czasu to standard, gorzej, gdy do tego wszystkiego dochodzi jeszcze choroba. W takim momencie, rodzice jak nigdy dotąd powinni siebie wspierać i rozumieć swój stan. Fajnie by było, gdy tato widząc chorą mamę, zawsze brał na siebie większość obowiązków i dawał jej odpocząć. Fajnie by było…. Niestety bardzo często dzielą nas lata świetlne od takiej sytuacji, ale kto wie, być może z czasem stare wzorce i archaiczny już podział obowiązków, ulegną transformacji i wszystkim nam wejdzie w krew myślenie, że każdy rodzic jest tak samo odpowiedzialny i równie zaangażowany w wychowanie i opiekę nad dziećmi. Obecnie i ja się niestety zapominam pisząc urlop „macierzyński”, a nie jak w zasadzie powinnam „rodzicielski”, bo każdy rodzic ma przecież do niego już prawo :-)

 

Bądź towarzyski, podziel się!