Choroby przedszkolne, w które sami się wpędzamy 2

Ten nowy etap mojego życia, odkąd jestem podwójną mamą, choć cudowny przyczynia się niestety po trosze do tego, że coraz częściej podupadam ostatnio na zdrowiu. Nigdy tak często i tak paskudnie nie chorowałam, jak w tej chwili. W zasadzie to ja nigdy wcześniej nie chorowałam…. A teraz trzy grosze dorzuca zmęczenie, permanentne niewyspanie, beznadziejna dieta i brak czasu. Na nic się zdają napoje z cytryny i imbiru, suplementy różnej maści i cuda niewidy, które pozwalają mi naiwnie wierzyć, że „tym razem na pewno się nie zarażę”.

Chorowanie w żłobku. Chorowanie w przedszkolu.

Adaś chodzi do przedszkola w wymiarze 2 na 2, czytaj 2 tygodnie w przedszkolu, 2 tygodnie w domu (choruje) i tak w kółko. Od Adasia choróbska łapie Leon, który potem nie śpi po nocach, a od tej zgranej dwójki na koniec jeszcze my, a potem (jakby tego było mało) z reguły też i dziadkowie. Zdarzyło się nawet cud kółeczko – Adaś coś przyniósł, zaraził nas, my babcię, a kiedy syncio wyzdrowiał babcia przyniosła choróbsko na nowo i padli wszyscy po kolei ;-) Jednym słowem cała rodzina na permanentnym chorobowym :-)

Siedzę ostatnio z moją mamą.

- „Mamo! Jak byłyśmy małe z Ulą i chodziłyśmy do przedszkola to przecież nigdy nie chorowałyśmy, prawda?” – pytam.

- „Nigdy się nie zdarzyło…” – mówi.

I tak siedzimy w ciszy. Po chwili.

- „Ale wiesz…” – mówi – „wtedy chore dzieci nie przychodziły nigdy do przedszkola. Matki brały L4 na tak długo na ile trzeba było i sprawa załatwiona. Nikt się tego nie bał…”

Jako pediatra obserwuje to zjawisko od prawie 40 lat.

Minęło tyle lat. I można powiedzieć wszystko się zmieniło. I jak na ironię w czasach, kiedy nikt nie ma czasu na chorowanie, chorujemy na potęgę… Bo nie dajemy sobie czasu na chorowanie, leczenie i wyzdrowienie w domu. Oczywiście jedni dają na to większe szanse, a inni mniejsze.

Nie każdy pracodawca jest tolerancyjny. Znam przynajmniej jeden wyraźny przykład, gdzie pracodawca kazał matce zwolnić się z pracy, bo jej dzieci ciągle chorowały i jak to zwykle bywa to ona była jedynym rodzicem w domu na tych L4, a nie jej mąż. Musiałam wstawić tą dygresję, bo niestety wbrew wszelkim staraniom o równy podział rodzicielskich obowiązków, w 80% rola opiekuna chorego dziecka przypada całkowicie matce, tak jakby w ogóle nie dotyczyła ojca …..

A więc praca. Wyścig, jakiemu ulegamy, w pogoni za lepszym życiem, ok. czasem lepszym, czasem wcale nie takim dobrym, ale wystarczającym, aby mieć na opłaty i jedzenie, to wszystko nie toleruje nieobecności w pracy. Za coś trzeba w końcu żyć, tylko to pseudo chorowanie w przypadku dzieci żłobkowych i przedszkolnych zaczyna przybierać postać błędnego koła.

Błędne koło

Przedszkolna sprawa wygląda tak. Zaczyna się zwykle od pierwszej choroby. Pierwsza jest ok. Rodzic bierze L4, zabiera dziecko do domu, dziecko zdrowieje i wraca do żłobka/ przedszkola. Rodzic się postarał, zadbał o wszystko i teraz już pewnie będzie ok. Mija tydzień, a dziecię wraca do domu z katarem, wieczorem dostaje gorączki, rano do lekarza, L4 na dziecko i pozamiatane na kolejny tydzień lub dwa. I tak znowu wraca do przedszkola i znowu choruje. Dodajemy Sambucol-e, Entitis-y i inne cuda na poprawienie odporności. Trochę pomagają. Na chwilę. I jazda od nowa….. Z czasem i rodzic i pracodawca mają tego wszystkiego dość. Zaczyna się więc: „A ma tylko katar, może spokojnie iść. Katar to nie choroba”. Katar przeradza się często w coś gorszego, a chory maluch zaraża inne dzieci. I tak w kółko. Puszczamy do przykładowego żłobka zdrowe dziecko i wbrew wszystkim naszym staraniom ono i tak prędzej czy później będzie chore. A jeśli nie mamy babci lub innej opiekunki na zawołanie to piłeczka jest po naszej stronie. A więc kolejna nieobecność w pracy, a potem obawy o utratę stanowiska….

Aha, żeby było jasne. Nikogo nie rozgrzeszam ani nie tłumaczę, nie winię, nie wnikam w powodu i inne rzeczy, tylko piszę jak jest, bo sama staram się to zjawisko zrozumieć.

Rozwiązanie

Jest banalnie proste, ale niestety tutaj działa prawo: „Znam teorię, ale nie potrafię jej zastosować”…..

Aby złamać łańcuch błędnego koła najprawdopodobniej wystarczyłoby, gdyby żadne ALE to żadne dziecko nie przyszło do przedszkola chore, czyli rodzice zostawiliby je w domu tak długo jak to tylko możliwe, aby w pełni wyzdrowiało. W każdym jednym przypadku. Czyli nikt nie mógłby się wyłamać. I to oczywiście nie zagwarantuje nam powodzenia, bo chorobę do domu może zawsze przynieść KAŻDY, a dziecko wyglądające na całkowicie zdrowe może też już rozsiewać wirusy….!

Zasada prosta, Ale wymaga totalnej bezwzględności. Jeśli więc choć jeden rodzic się wyłamie, problem zaczyna się od nowa. Jego chore dziecko, zaraża inne dzieci, te ponieważ „znowu chorują” i rodzice nie mogą wziąć „znowu” długiego L4, wracają niepodleczone do przedszkola, zarażają te, które były zdrowe lub dopiero co wyzdrowiały i tak w kółko.

Ciekawa jestem, co takiego mogłoby tą obecną sytuację zmienić, tak aby każdy dawał do żłobka/przedszkola w 100% zdrowe dziecko, bez wyjątków? Macie jakiś pomysł?

 

Bądź towarzyski, podziel się!