‘BUTELKOWA MAMA’ 0

Dużo mam ostatnio przemyśleń na temat tolerancji i wspierania siebie nawzajem właśnie przez mamy. Jakiś czas temu, wpadł mi w ręce tekst, gdzie pojawia się termin ‘butelkowa mama’. Dokładnie pamiętam, że mnie zdenerwował i że nie omieszkałam napisać pod nim małego komentarza. Co ciekawe, tekst próbował udowodnić, że zawiera tolerancyjne przesłanie, jednak jak dla mnie oddźwięk tego był taki, że „butelkowa mama” to gorsza mama…

I dalej jak tylko przypomnę sobie termin „butelkowa…” to jakoś mnie to denerwuje. To nie fair określać takim mianem kobiety, które nie karmią swoich dzieci piersią. Bo czy na pewno wiemy, dlaczego dokonały takiego wyboru i czy w związku z tym wolno nam je oceniać ?

Od ponad tygodnia jestem więc „butelkową mamą”. Z wyboru? I tak i nie. Tak się nieszczęśliwie złożyło, że musiałam usunąć ósemkę, a zaraz potem zabrać się za trucie szóstki w kilku podejściach. Nie obeszło się bez antybiotyku i silnych leków przeciwbólowych. Z dnia na dzień i w zasadzie po raz pierwszy w jego krótkim życiu, mój syn musiał przejść z piersi, do której kocha się przytulać, na butelkę. Ogarnia mnie rozpacz, jak tylko widzę moje biedne dziecko szukające miejsca, z którego jeszcze niedawno leciało mleczko. I liczę dni, bo chcę już wrócić do dawnego karmienia. Obecna sytuacja wcale mnie nie zachwyca. Zamiast przytulać Adasia muszę godzinami ściągać mleko, bo laktator nie jest tak efektywny, jak mały ssak. Od mleka w proszku robi mi się niedobrze, bo i zapach proszku, a tym bardziej jego przetworzona zawartość, nie pachną zbyt dobrze…;-). Szorowanie butelek i pilnowanie, żeby był zapas przegotowanej wody do rozrabiania mleka, strasznie mnie denerwują. Nigdy nie wpadłabym na pomysł, żeby powiedzieć, ze „butelkowa mama” ma lżej. Co za bzdura…;-). W sieci widziałam już nie jedną inwektywę na temat karmienia butelką. Chyba łatwo oceniać, jeśli się nigdy nie spróbowało, i mówić, że kobieta karmi sztucznie z lenistwa. A ja powiem, że karmię piersią, bo tak mi wygodniej. Uważam, że mam szczęście, że mogę karmić naturalnie. Wiele kobiet po prostu nie może i wtedy jedynym wyjściem jest mleko w proszku. O wiele łatwiej, gdy ma się obie opcje do wyboru, a butelka jest kołem ratunkowym na wszelki wypadek. Od sztucznego pokarmu też się nie chudnie, a mi 4 miesiące dały 4 kilo na minusie względem wagi sprzed ciąży. Czyż nie cudowne? Adaś rośnie jak na drożdżach, a ja po raz pierwszy w życiu wcisnę się w 36;-)

Karmienie naturalne oprócz wyżej wymienionych zalet, jest również tanie i wygodne. Dziecko nie musi czekać aż wymieszasz mleko z wodą, nie wydajesz też kilkudziesięciu złotych tygodniowo na kartony z odżywką. Powiem wprost – pierś jest o wiele łatwiejsza niż butelka. Więc jeśli tylko znowu zobaczę, jak ktoś pisze, że matka karmiąca sztucznie to zła matka, to chyba coś we mnie pęknie.

Podsumowując – mamy bądźmy tolerancyjne :-). Karmienie piersią to przywilej i jeśli tylko możemy karmić naturalnie, róbmy to jak najdłużej i doceniajmy benefity, jakie to ze sobą niesie. Jeśli nie możemy, to oczywiście karmimy mlekiem w proszku i nie ma w tym nic złego. W obu przypadkach jesteśmy mamami i tak samo zależy nam na dobrostanie naszego maleństwa. Żadna strona nie jest gorsza, ani ta od piersi i karmienia w różnych miejscach ;-), ani ta od butelki. I zupełnie nie wiem, jak nas nazwać, ale dla mnie nie ma podziału na „butelkowe” i „piersiowe” mamy, bo po prostu to są wszystko MAMY, i tyle :)))

Bądź towarzyski, podziel się!